Chmura tagów
"Ósemka"  "Salwator"  "Wybrałam życie"  aborcja  Abp Antoni Baraniak  abstynencja  aktorstwo  Al-Anon  alkohol  alkoholizm  Benedykt XVI  bł. Dominik Spadafora  bł. ks. Jerzy Popiełuszko  Bp Marek Solarczyk  bp Marian Rojek  Brygida Grysiak  charyzmat  cierpienie  co wybrać?  czego szukać?  Droga Neokatechumenalna  duszpasterstwo powołań  dzieci  Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów  edukacja  Edyta Stein  Eleni  formacja  grzech  homoseksualizm  Instytut Prymasa Wyszyńskiego  instytuty świeckie  jak znaleźć?  Jan Paweł II  Kard. Stefan Wyszyński  Karmel  Katarzyna Łaniewska  komunikacja  Ks. Jerzy Popiełuszko  listy o powołaniu  macierzyństwo  Małżeństwa niesakramentalne  małżeństwo  Maria Okońska  Maryja  media  metanoia  Michał Lorenc  miłosierdzie  ministranci  modlitwa  muzyka  narkomania  narkotyki  niesakramentalni  nowe wspólnoty  o. Piotr Jordan Śliwiński OFMCap.  o. Wojciech Jędrzejewski OP  obrona życia  ojcostwo  papież Franciszek  pijarzy  pokuta  powołanie  prostytucja  przebaczenie  przednowicjat  Rekolekcje ignacjańskie  rodzice  rodzicielstwo  rodzina  Rok Wiary  Ruch Światło-Życie  salezjanin  Sandra Kwiecień  sponsoring  spowiedź  szkoła  św. Benedykt z Nursji  Św. Józef Kalasancjusz  Św. Rita  świadectwa  świadectwo  teatr  temat maja - macierzyństwo  Teresa Benedykta od Krzyża  uzależnienia  wdowy konsekrowane  wesele bezalkoholwe  Wesle Wesel  wolontariat  Zakon Szkół Pobożnych
Wierzę w życie, które nie kończy się tutaj - 31.10.2013
Zamyślenia na Rok Wiary
Wierzę w Kościół, który Jezus posyła do świata 31.07.2013
Zamyślenia na Rok Wiary

Masz problem? Chcesz rozwiać wątpliwości? Nurtują Cię jakieś pytania? Napisz do nas:

Powołaniowcy:
Monika Duc SP
Piotr Recki SP
Tomasz Abramowicz SP
Home» Co wybrać?» Życie konsekrowane» Święci zakonnicy» Bł. Czesław cuda czyniący

W drodze

Bł. Czesław cuda czyniący

Piotr Baron - fot. wikipedia.org Piotr Baron - fot. wikipedia.org

MIKOŁAJ FOKS: Cieszę się, że będziemy rozmawiać o bł. Czesławie, ponieważ jest to postać mało znana.

PIOTR BARON: A ja się wcale nie cieszę, że to jest postać mało znana.

 

Nawet w Internecie ciężko coś o nim znaleźć. Kiedy wrzuciłem w Google hasło „bł. Czesław”, to wyskoczyło mi tylko kilka zdań z Wikipedii. Napisałem więc do znajomego dominikanina, żeby polecił mi jakąś książkę o bł. Czesławie czy podpowiedział, gdzie szukać o nim informacji. Znajomy odpisał: wiesz, pozostaje ci chyba tylko Wikipedia… Koło się zamknęło, nie ma wyjścia, teraz pan musi stać się Wikipedią.

Nie śmiem.

 

Ale taką wersją de lux.

Tym bardziej nie śmiem. Mogę powiedzieć tylko to, czego dowiedziałem się o bł. Czesławie, szperając po różnych starych i nowych dominikaliach. Pochodził on z rodziny Odrowążów bądź był z nią w jakiś sposób spowinowacony – przyjęło się uważać, że bł. Czesław to brat albo kuzyn św. Jacka. Pełnił funkcję kustosza sandomierskiej kolegiaty w czasach, kiedy Jacek był tam kanonikiem. Gdy krakowski biskup, Iwo Odrowąż, jechał do Rzymu ad limina apostolorum, czyli do progów papieskich, zabrał też ze sobą św. Jacka i bł. Czesława. Tam spotkali oni Dominika Guzmana i byli świadkami spowodowanego przez niego cudu wskrzeszenia chłopca. Wtedy w naturalny sposób obaj nasi księża na tyle ulegli zauroczeniu św. Dominikiem, jego pięknem duchowym i tym, co czynił, że przyjęli z rąk ojca założyciela habity zakonne. Potem zostali przez niego posłani – Jacek poszedł na wschód, do Krakowa i Kijowa, a Czesław na północny zachód do Fryzaku w Austrii, gdzie założył pierwszy niemiecki klasztor dominikański. Kolejny założył w Pradze Czeskiej, a później jeszcze konwent św. Wojciecha we Wrocławiu, którego został pierwszym przeorem. Stamtąd Czesław wypuszczał się również na północ – do Gdańska i Kamienia, gdzie powstawały kolejne klasztory.

 

Imponująca działalność!

A dodajmy jeszcze do tego cuda, które działy się za przyczyną bł. Czesława. Nie wiem, czy istnieją kategorie cudów, ale w skali od 1 do 5 ja przyznałbym tym cudom same piątki w koronie z plusem. Kiedy spod Legnicy Tatarzy przyszli pod Wrocław, książę Henryk kazał spalić gród, żeby wrogom nie udało się go zdobyć. Ale oni pomimo tego dalej go oblegali. Czesław po wielogodzinnej modlitwie wziął monstrancję i wyszedł z nią na mury miejskie. Wtedy nad jego głową pojawiła się ognista kula. To nadprzyrodzone zjawisko tak dalece przestraszyło najeźdźców, że czmychnęli, gdzie pieprz rośnie. Później ten błogosławiony nawrócił na chrześcijaństwo chana tatarskiego. I – podobnie jak św. Dominik i św. Jacek – też wskrzesił chłopca, tylko że po tygodniu, a nie po jednym dniu od jego śmierci.

 

Myśli pan, że to ma znaczenie, po ilu dniach?

Właśnie nie wiem, bo dla Pana Boga nie ma przecież rzeczy niemożliwych, ale z pewnością dla ludzi, którzy ten cud obserwują, podnosi to wiarygodność cuda czyniącego. Innym razem bł. Czesław przeszedł przez rzekę, rozpostarłszy na niej płaszcz, co przypomina nam oczywiście biblijną historię Eliasza.

 

Mówi pan o cudach, które miały miejsce wiele wieków temu. A dziś? Błogosławiony Czesław też daje o sobie w taki sposób znać?

Oto przykłady cudów współczesnych, bardzo mierzalne. W czasie oblężenia Wrocławia przez wojska sowieckie, te rozniosły w proch kościół św. Wojciecha, natomiast kaplica bł. Czesława została nietknięta, zupełnie nic się z nią nie stało. To jest niewytłumaczalne w sposób ziemski, ludzki. No i taki cud z ostatnich miesięcy… Otóż syn naszego zakrystianina zachorował na raka i było z nim już tak źle, że lekarze powiedzieli: teraz tylko Pan Bóg może pomóc, pozostaje tylko modlitwa. Jeden z ojców z naszego wrocławskiego konwentu, odpowiedzialny za relikwie bł. Czesława, uczynił akt samowoli i nie pytając przeora o zgodę, wziął je, wręczył panu Janowi i powiedział: proszę dać synowi, niech się modli. Po kilku dniach okazało się, że rak całkowicie ustąpił, nie było go. No i tenże człowiek żyje szczęśliwie do dzisiaj zdrowy.

 

Jak pan zareagował, kiedy dowiedział się o tym cudzie?

Najpierw nie chciałem uwierzyć, a potem modliłem się długo, dzięki czyniąc Panu Bogu za to. No bo jak inaczej?

 

Widać, że niejako specjalizuje się pan w bł. Czesławie, a przecież na co dzień jest pan muzykiem jazzowym. Skąd więc taka znajomość dominikańskiego błogosławionego?

Po pierwsze, jestem wrocławianinem, a bł. Czesław patronuje mojemu miastu razem z Janem Chrzcicielem, o którym, choćby człowiek nie chciał, to i tak dużo wie z Ewangelii. Natomiast o bł. Czesławie nie słyszymy nigdzie. Po drugie, jeżeli chodzi się do kościoła św. Wojciecha na plac Dominikański (niegdyś plac Dzierżyńskiego), to mija się kaplicę tego błogosławionego z jego alabastrowym rzeźbionym sarkofagiem. No i trzeba być matołem, żeby się tym trochę nie zainteresować, prawda?

 

A po trzecie?

A po trzecie i najważniejsze, jestem zakonnikiem świeckim – należę do Trzeciego Zakonu św. Dominika od Pokuty, do fraterni Najświętszego Imienia Maryi we Wrocławiu. Profesję wieczystą złożę za dwa lata i wtedy już – chwała Bogu! – nie będzie odwrotu. W czasie swoich obłóczyn otrzymałem imię zakonne Czesław, na co się początkowo bardzo obruszyłem.

 

Chciał pan oczywiście być Dominikiem?

Jak każdy! Albo Tomaszem. Jednak przełożona wybrała mi właśnie takie imię i okazało się, że wybrała mi je znakomicie. Od tego momentu bardzo się z tym moim zakonnym patronem zżyłem i wtedy zacząłem uczyć się, kto to był?, co robił?, jak robił? Dlaczego jest błogosławiony? Dlaczego jeszcze nie jest święty?

 

I dlaczego nie jest? Od jego beatyfi kacji minęło już przecież 300 lat.

Tego nie mogę powiedzieć, ale, daj Boże!, niedługo będzie kanonizowany. Ja mam zresztą taki zwyczaj, że w kościołach dominikańskich, które odwiedzam, zawsze zamawiam msze o rychłą kanonizację bł. Czesława i za każdym razem ojciec czy brat przyjmujący tę intencję podnosi głowę i mówi: oj tak, tak; no tak, no tak. I na tym koniec.

 

Dlaczego pan uważa, że ta kanonizacja jest taka ważna?

Bo tego wymaga zwykła ludzka sprawiedliwość – Czesławowi takie „odznaczenie pośmiertne” po prostu się należy. On uczynił przecież nie mniej dla Kościoła, dla zakonu i dla prowincji polskiej niż św. Jacek. W dodatku odszedł z tego świata w powszechnym przekonaniu o świętości. Można mówić o kulcie Czesława już za jego życia, a po śmierci ten kult został jedynie rozniecony. On jest święty, na bank!, dlatego z takim przekonaniem modlę się o jego kanonizację. A wie pan, że w Poznaniu na Wildzie znajduje się ulica św. Czesława? W 1920 roku rząd polski popełnił taki cudowny błąd, a po wybuchu wolności w 1989 roku nowe władze Poznania, ku mojej wielkiej radości, ten błąd powtórzyły.

 

Traktuje to pan jako proroctwo?"Wywiady ze świętymi"

Traktuję to jako zwiastun rychłej kanonizacji błogosławionego.

 

Ale wróćmy do pańskich obłóczyn.

Pomyślałem sobie po nich, że wypada się przywitać z nowym patronem, powiedzieć: „cześć”, poznać się, więc następnego dnia poszedłem do bł. Czesława. Dość dużo czasu spędziłem w jego kaplicy i właśnie wtedy przyszło do mnie, że ja mam modlić się o jego kanonizację. A jednocześnie poczułem się uprawniony do tego, żeby zwracać się do niego w różnych moich sprawach. I tak ta „wymiana dóbr” do teraz sobie trwa.

 

Jesteście dwoma zakonnikami jadącymi na jednym wózku?

Nie wiem, co ojciec Czesław na to, ale ja właśnie tak to widzę. Zdecydowanie czuję jego silne wsparcie, takie, powiedziałbym, męskie, bojowe. Kiedy upadam, w codziennych kłopotach, kiedy tracę zdolność pozytywnej reakcji na rzeczywistość, wtedy wzywam jego pomocy i naprawdę jej doświadczam. Doskonale wyczuwam i przeczuwam, które z tych zwykłych cudów codzienności, jakie mnie otaczają, zawdzięczam wstawiennictwu bł. Czesława.

 

Przykłady?

Często wszystko zaczyna się rano, kiedy jest zawsze za mało czasu. I wtedy moja dziewięcioletnia córeczka mówi: „Nie, tego nie założę”. „A co założysz?”– pytam. Ona: „To”. Ja: „Nie, bo w tym zmarzniesz”. A czas leci. Tracę pomału cierpliwość, wpadam za późno do samochodu, jadę, przyznam się, łamiąc przepisy – co jest grzechem i w końcu muszę gdzieś zaparkować. We Wrocławiu nieustannie przebudowuje się teraz drogi, co trzeba przecierpieć, bo potem będzie pięknie, ale parkować, póki co, nie ma gdzie. I wtedy zawsze zaczynam modlić się w duchu i prosić bł. Czesława, żeby mi załatwił to miejsce do zaparkowania.

 

I załatwia?

Proszę mi wierzyć, że tak. Moja żona patrzy na mnie z niedowierzaniem, ponieważ zawsze, kiedy wjeżdżam na zatłoczony parking, przed maską naszego samochodu właśnie wyjeżdża jakieś auto i zwalnia nam miejsce. Nawet nie muszę się zatrzymywać. Dzięki tym ułatwieniom, dzięki modlitwie wstawienniczej bł. Czesława mogę pokonać diabła, bo nie złorzeczę, tylko mam pokój w sercu.

 

Widzi pan wyraźną różnicę w swoim życiu między epoką „przedczesławową” a teraźniejszością?

Z pewnością, tym bardziej, że to są rzeczy, które wynikają jedne z drugich. Czesław pojawił się dlatego, że pojawił się Trzeci Zakon Dominikański. Ja przez całe lata o nim marzyłem, ponieważ kiedyś rozkochał mnie w dominikaństwie o. Andrzej Konopka, ówczesny przeor wrocławskiego konwentu. To on spowodował, że z libertyna stałem się z powrotem chrześcijaninem. Natomiast istniała w moim życiu poważna przeszkoda kanoniczna, która uniemożliwiała mi nawet przystępowanie do sakramentów. Regulowanie spraw z Panem Bogiem trwało 12 lat – taki czas próby – a potem pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było zgłoszenie się do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego.

 

Z tego, co pan opowiada, to wy z bł. Czesławem macie ciągle taki miesiąc miodowy. Czy jednak zdarzają się w waszej relacji jakieś chwile zwątpienia? Może kiedyś musiał pan powiedzieć: Czesiu, nawaliłeś?

Pewnie, że mam chwile zwątpienia, ale one nie dotyczą skuteczności bł. Czesława i jego modlitwy wstawienniczej. A gdyby nawet coś poszło nie tak, to nie wpadłoby mi chyba do głowy, żeby powiedzieć: „Czesiu, nawaliłeś”, bo ja mam do niego duży szacunek. Nie dość, że jestem tylko prostym bratem, to jeszcze jestem prostym bratem z trzeciego zakonu, a Czesław nie dość, że był ojcem, przeorem konwentu, to na dodatek był jeszcze przez wiele lat prowincjałem Zakonu Kaznodziejskiego w Polsce. Gdybym go spotkał – a pewnie kiedyś go, daj Boże!, spotkam – to raczej zwrócę się do niego: „wielebny ojcze” albo „ojcze Czesławie”. I jeśli on mi powie: „jestem Czesiu”, to będę zaszczycony.

 

Ma pan takiego świetnego patrona z chrztu – św. Piotra, a jednak stawia pan na bł. Czesława. Jak na czarnego konia.

Ojciec Andrzej Bujnowski, wielki przyjaciel i wzór transcendentalnego pojmowania rzeczywistości, kpi czasem ze mnie: „Gdzie Piotrowi do Czesława?”. Te żarty spowodowały, że zacząłem trochę sam siebie rozliczać z tego zaniedbania modlitwy do patrona chrzcielnego, który jest jednak bliższy niż patron zakonny. Ale to wszystko wynika z tego, że kiedy ja zacząłem wracać w 1997 roku do bycia chrześcijaninem, do bycia katolikiem, wyłaziłem z tego szeolu, to od razu wpadłem w Zakon Kaznodziejski. Wtedy jeszcze nie znałem nawet tej nazwy, myliłem habit pauliński z dominikańskim i myślałem, że wszyscy dominikanie to fajne chłopy. Naturalnym więc dla mnie było to, że wśród świętych, do których trzeba się modlić, znaleźli się Dominik, Tomasz, Katarzyna ze Sieny, Jacek. I potem doszedł jeszcze ten Czesław. Święty Piotr jest mi o tyle bliski, że mam bardzo dużo jego złych cech charakteru. I chociaż rozumowo zwracam się do św. Piotra przed każdą podróżą, to na co dzień, w takiej kontemplacji duchowej, jestem bliżej z Czesławem.

 

Bycie zakonnikiem we współczesności, w dodatku takim zakonnikiem specyfi cznym…

Trzeci zakon istnieje od XIII wieku, podobnie jak drugi i pierwszy, czyli ta wspólnota Kościoła katolickiego ma kilkaset lat.

 

Noszenie imienia zakonnego…

I habitu. Mamy habity identyczne jak ojcowie. Nosimy je na zamkniętych rekolekcjach, spotkaniach czy uroczystościach fraterni, a dwa razy pokazujemy się w nich publicznie – w czasie obłóczyn oraz… w trumnie. Myślę, że nie ma lepszego ubrania na taką okazję.

 

No dobrze, ale mszy świętej pan nie odprawia.

Mszy nie oprawiają też bracia, którzy należą do pierwszego zakonu, ale nie zostali księżmi. Natomiast żyją życiem monastycznym konsekrowanym we wspólnocie, w chórze. A zakonnik zakonu trzeciego przyjmuje na siebie akty pokutne i modlitewne tak w intencji zakonu pierwszego, jak i w intencji mniszek klauzurowych z zakonu drugiego.

 

Zmierzam do pytania, czy koledzy nie śmieją się z pana, że jest pan zakonnikiem-saksofonistą?

Ci, którzy o tym wiedzą, wiedzą dlatego, że sam, dokonując świadomego wyboru, im to powiedziałem. I oni się nie śmieją. A ci, którzy się ze mnie śmieją, po prostu lubią się ze mnie śmiać i to nie ma nic wspólnego z tym, że jestem tercjarzem.

 

Łatwo pogodzić bycie zakonnikiem z byciem saksofonistą?

Myślę, że w ogóle niełatwo być zakonnikiem czy z pierwszego, czy z drugiego, czy z trzeciego, czy z dowolnego zakonu. A kiedy spotykamy się we fraterni, to w tym momencie nie ma najmniejszego znaczenia, czym się kto zajmuje poza zakonem. Wtedy to rzeczy najważniejsze są najważniejsze, czyli Pan Bóg jest na pierwszym miejscu.

 

Nie wystarczyłoby panu zaangażowanie w jakąś „zwykłą” wspólnotę – Drogę Neokatechumenalną, Odnowę w Duchu Świętym, Ruch Światło-Życie?

Tylko że mnie uwiodła duchowość dominikańska, mnie uwiódł św. Dominik, który padał na kolana i zalewał się łzami, mówiąc: „Co będzie z grzesznikami?!”. Ja podobnie reaguję, kiedy widzę, że ktoś idzie w zaparte w ciemność. Chwała Bogu, kilku straceńców udało mi się zatrzymać przed przepaścią.

 

Co to byli za ludzie?

To tak banalne historie, że naprawdę nie ma o czym opowiadać. Tłumaczyłem – nie skutkowało. Modliłem się – nie skutkowało. W końcu powiedziałem kilka ostrych, żołnierskich słów i zadziałało! Jeden był moim studentem, inny uczniem, jeszcze inny obcym człowiekiem, spotkanym przez przypadek – to bezdomny, który mieszkał w garażu, niedaleko mnie. Ale już tam – chwała Bogu! – nie mieszka.

 

Brał pan kiedyś udział w rekolekcjach dla muzyków, na które zjeżdżają się różni chrześcijanie, nie tylko katolicy. Jeśli chodzi o Jezusa, możecie powiedzieć: tu pełna zgoda. Ale jak niekatolicy odbierają pana wiarę w świętych obcowanie, w moc relikwii, we wstawiennictwo bł. Czesława?

Ja spotykam się z ludźmi spoza Kościoła rzymskiego w wielu innych sytuacjach. Bardzo często gram z Natalką Niemen, która należy do Kościoła zielonoświątkowego, a jej mąż jest baptystą. W takich sytuacjach, za radą jednego z ojców – mojego przewodnika duchowego, staram się być światłem świata i świadczyć życiem. Pokazać im, jak może żyć katolik, który ma w sobie nabożeństwo do Matki Najświętszej, do świętych, codziennie odmawia różaniec. Nadal ze sobą gramy, czyli chyba ich jeszcze do siebie nie zraziłem.

 

Ma pan jakąś sprawdzoną metodę?

Staram się świadczyć dyskretnie. Czy to mi się udaje? Nie wiem. Kiedy oni na przykład zaczynają się modlić na swój sposób, to ja wtedy klękam, składam ręce i modlę się tak, jak mnie uczy tego Kościół rzymski, jak uczy mnie tego zakon. Kiedy oni modlą się językami, ja celowo biorę różaniec, pomimo tego, że modlitwa charyzmatyczna nie jest mi obca i nie widzę w niej niczego złego, ale chodzi mi o świadectwo maryjności.

 

Jak wtedy na pana patrzą?

Różnie.

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do samego bł. Czesława. Rozumiem, że nie ma klasztoru jego imienia?

Nie ma. We Wrocławiu jest tylko fraternia bł. Czesława.

 

A myśli pan, że „więcej” Czesława naprawdę by się przydało w kościelnej przestrzeni publicznej?

Czesław bardzo by się przydał w kościelnej przestrzeni publicznej i w świadomości ludu Bożego. Katolicy powinni wiedzieć, że to potężny święty, do którego można się zwracać i naprawdę wiele, wiele zła w ten sposób zażegnać.

 

Czyli co, marzy się panu rozwój jego kultu?

Tak, chciałbym, żeby do sarkofagu bł. Czesława odbywały się pielgrzymki i żeby dwudziestego lipca przybywali tam wszyscy dominikanie i tercjarze z Polski, modlili się o jego kanonizację i poprzez jego wstawiennictwo powierzali Panu Bogu swoje sprawy.

 

A pan nie jest przypadkiem takim samotnym jeźdźcem, który stara się – mając takie a nie inne doświadczenia z bł. Czesławem – go „wylansować”?

Przez krótki moment myślałem o sobie w taki właśnie pełen pychy sposób, ale na szczęście Pan Bóg oświecił mnie, ciemniaczka, i skonstatowałem, że nas – takich czesławnych działaczy duchowych jest więcej. Mamy na przykład we wrocławskim ratuszu prezydenta Rafała, który przychodzi modlić się do bł. Czesława i staraniem Urzędu Miejskiego, przy współpracy konwentu, ukazała się książka Tutelaris Silesiae. Natomiast tutaj są potrzebne przede wszystkim zdecydowane działania Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego. Pan znowu pije do tej kanonizacji? Przecież za chwilę będziemy mieć św. Jana Pawła II, mamy wielką świętą – siostrę Faustynę… Ale Czesław bardzo by się przydał do dominikańskiego „pakietu”. Zakon Kaznodziejski ma stosunkowo niewielu świętych w porównaniu z innymi zakonami, za to bardzo wielu błogosławionych. Myślę, że im więcej świętych ogłoszonych, tym większa siła oddziaływania Kościoła na lud Boży, bo jednak to świętych obcowanie, które codziennie wyznajemy w Credo, jest jednym z fi larów wiary katolickiej. Więc im więcej ich będzie, tym fi lar będzie mocniejszy.

 

Błogosławiony Czesław zainspirował jakoś pana muzycznie, pojawił się w jednej czy drugiej nucie?

Jeszcze nie.

 

Czyli sprawa jest otwarta?

Nie ma wielu pieśni o bł. Czesławie, które nadawałyby się do bezbolesnego przełożenia na język jazzu, a ja nienawidzę przeróbek, brzydzę się adaptacją, bo to wszystko zawsze ingeruje w istotę i naturę sztuki, w jej przyrodzone naturalne piękno. Dlatego szukam w tej chwili takiego utworu o bł. Czesławie, który nie będzie ludowy i przez to możliwy do przeszczepienia na grunt tej muzyki, którą ja gram. Myślę, że w końcu znajdę taką pieśń.


Źródło: Wywiady ze świętymi. Rozmowy wokół świętości prowadzą Anna Sosnowska i Mikołaj Foks, W drodze, Poznań 2013

Komentarze (0) Dodaj komentarz

Dodanie komentarza wymaga rejestracji w serwisie.