Chmura tagów
"Ósemka"  "Salwator"  "Wybrałam życie"  aborcja  Abp Antoni Baraniak  abstynencja  aktorstwo  Al-Anon  alkohol  alkoholizm  Benedykt XVI  bł. Dominik Spadafora  bł. ks. Jerzy Popiełuszko  Bp Marek Solarczyk  bp Marian Rojek  Brygida Grysiak  charyzmat  cierpienie  co wybrać?  czego szukać?  Droga Neokatechumenalna  duszpasterstwo powołań  dzieci  Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów  edukacja  Edyta Stein  Eleni  formacja  grzech  homoseksualizm  Instytut Prymasa Wyszyńskiego  instytuty świeckie  jak znaleźć?  Jan Paweł II  Kard. Stefan Wyszyński  Karmel  Katarzyna Łaniewska  komunikacja  Ks. Jerzy Popiełuszko  listy o powołaniu  macierzyństwo  Małżeństwa niesakramentalne  małżeństwo  Maria Okońska  Maryja  media  metanoia  Michał Lorenc  miłosierdzie  ministranci  modlitwa  muzyka  narkomania  narkotyki  niesakramentalni  nowe wspólnoty  o. Piotr Jordan Śliwiński OFMCap.  o. Wojciech Jędrzejewski OP  obrona życia  ojcostwo  papież Franciszek  pijarzy  pokuta  powołanie  prostytucja  przebaczenie  przednowicjat  Rekolekcje ignacjańskie  rodzice  rodzicielstwo  rodzina  Rok Wiary  Ruch Światło-Życie  salezjanin  Sandra Kwiecień  sponsoring  spowiedź  szkoła  św. Benedykt z Nursji  Św. Józef Kalasancjusz  Św. Rita  świadectwa  świadectwo  teatr  temat maja - macierzyństwo  Teresa Benedykta od Krzyża  uzależnienia  wdowy konsekrowane  wesele bezalkoholwe  Wesle Wesel  wolontariat  Zakon Szkół Pobożnych
Wierzę w życie, które nie kończy się tutaj - 31.10.2013
Zamyślenia na Rok Wiary
Wierzę w Kościół, który Jezus posyła do świata 31.07.2013
Zamyślenia na Rok Wiary

Masz problem? Chcesz rozwiać wątpliwości? Nurtują Cię jakieś pytania? Napisz do nas:

Powołaniowcy:
Monika Duc SP
Piotr Recki SP
Tomasz Abramowicz SP
Home» Jak znaleźć?» Niezbędnik szukającego» Zdrowie duchowe

Wydawnictwo Literackie

Zdrowie duchowe

Zdrowie duchowe -fot. Lel4nd - flickr.com Zdrowie duchowe -fot. Lel4nd - flickr.com

Modlitewne i nieburzliwe życie klasztorne może i mogłoby tłumaczyć zerowe statystyki depresji u zakonników. Jestem jednak realistką, nie wydaje mi się, aby gdziekolwiek był dzisiaj tak bezpieczny azyl, w którym można wieść naprawdę bezstresową egzystencję. To że niewiele wiemy o depresji w klasztorach, nie musi oznaczać idylli. Zresztą nie zamierzam bynajmniej propagować klasztornego stylu życia, nawet gdyby miało to uchronić nasze oraz przyszłe pokolenia przed plagą „dołów” psychicznych. Dostrzegłam jednak pewną szansę w lekcji, jaką może nam dać refleksja nad wpływem duchowości na stan umysłu, uczuć i emocji, a poprzez nie także na to, co robimy, jak postępujemy i w ogóle jak przeżyjemy nasze życie.

Duchowe lekarstwo na depresję? Czemu nie?

Chyba pomysł jest dobry, zwłaszcza że środki farmakologiczne jakoś nie zmniejszają narastającej epidemii. Psychoterapia mówiona też zdaje się kompletnie pomijać sprawy życia duchowego, koncentrując się zwykle na poprawie relacji z ludźmi oraz usprawnianiu wykonywania codziennych obowiązków. O rozwoju duchowym w zdrowieniu mówią dziś niemal wyłącznie Anonimowi Alkoholicy i ci spośród terapeutów uzależnień, którzy pojęli sens i znaczenie „programu rozwoju duchowego” zawartego w Dwunastu Krokach AA. Inni psychoterapeuci rzadko interesują się życiem duchowym pacjentów cierpiących na zaburzenia umysłu, emocji i osobowości. Ubolewał nad tym już dość dawno amerykański psychiatra i przewodnik duchowy Scott M. Peck, któremu międzynarodową sławę zaskarbiła książka, przetłumaczona na prawie pięćdziesiąt języków, Droga rzadziej wędrowana1. Peck odnosi się tam do psychiatrii amerykańskiej, ale jego uwagi wydają się uniwersalne:

„Psychiatria nie tylko zaniedbuje, ale wręcz ignoruje kwestię duchowości. Mogą do tego przyczyniać się fałszywe interpretacje tego pojęcia, wynikające częściowo z nagminnego mylenia «duchowości» z «religią». (...) Każdy ma życie duchowe, tak samo jak każdy ma podświadomość, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Jesteśmy wszyscy istotami duchowymi i psychiatria nie powinna w żadnym razie pomijać sfery duchowej człowieka” (s. 234). Peck pisze dalej: „Jako psychiatra przywiązuję wielką wagę do modelu medycznego opartego na niesamowitym pięknie mikroskopowej anatomii. Sam jednak podążam drogą rozwoju duchowego, do którego przyczyniają się w ogromnej mierze moje doświadczenia psychoterapeuty. Mam nadzieję, że członkowie mojej profesji podejmą proponowaną przeze mnie zmianę i otworzą się na rozwój własnej duchowości. A wtedy psychiatria będzie miała do zaoferowania ludziom nie tylko leczenie biochemiczne, ale również przynajmniej elementarne wsparcie duchowe” (s. 255).

Z poprzedniego rozdziału wyraźnie wynika, że depresja wraz z nieodłącznym kryzysem wokół sensu – i chęci – życia może dotknąć dosłownie wszystkich, z wyjątkiem... zakonników. Właśnie to dało mi do myślenia. Zastanawiam się, czy chodzi o ascezę i ubóstwo? Czy może o bytowanie we wspólnocie i subordynacji? A może sekret psychicznej harmonii tkwi w oddaleniu od zgiełku i chaosu świata? Sama mam mnóstwo ziemskich potrzeb, jestem więc daleka od nakłaniania kogokolwiek do rezygnacji z takich przyjemności, jak spanie parami w łóżku, posiadanie dzieci i wnuków, zarabianie pieniędzy na bułkę z masłem i niby do niczego niepotrzebne, ale jakże rozkoszne, słuchanie symfonii Beethovena i Mahlera, kontemplowanie obrazów Leonarda i van Gogha, czytanie Ulissesa albo tańczenie tanga z przytulaniem. Co umieją zakonnicy, a czego wielu z nas nie umie? Możliwe, że chronią ich po prostu mury, za którymi wiodą swój modlitewny i cichy żywot. Ale czy mur odgradzający od świata jest rzeczywiście niezbędny dla zdrowia psychicznego?

Przeczuwam, że nie. Ja za murem bym zwariowała.

Chyba w ogóle niepotrzebne jest skrywanie się przed życiem za jakimkolwiek murem i nikomu tego nie polecam, nawet gdyby mogło to przybliżyć do wiekuistego pokoju. Myślę raczej, że wielu z nas już nie ma innego wyjścia, jak zacząć pilnie starać się odzyskać spokój ziemski tu, w swoim życiu, które warto przeżyć jak najlepiej. Gdy czytam zdanie: „Nie jestem pewien własnej obecności” (przytoczone przeze mnie na początku), to ogarnia mnie najpierw smutek, zaraz potem przerażenie. Jaką drogą doszedł do tego miejsca człowiek, który nie jest pewien swojej obecności w świecie? Którędy mógłby teraz pójść, by z tej drogi zawrócić i stać się na nowo w swoim życiu obecny? To intymne wyznanie pisarza zamieściłam wśród cytatów opisujących różne oblicza depresji, bo wydało mi się, że dotyka sedna. Depresja jest swoistą rezygnacją z obecności w życiu. Udręcza i wyniszcza nie tylko chorego, ale także najbliższych. Mało tego, wyniszcza także pośrednio byt zbiorowy, nazywany społeczeństwem, a gdy spojrzymy poza horyzont — to ludzkość, cały nasz świat. Dla zupełnie innej książki zarezerwowałam kiedyś tytuł, który do tej również by pasował: Rak duszy2. Depresję można pojmować jako namnażanie się chorobliwych myśli i uczuć, niczym patogennych komórek, które pożerają w końcu człowieka.

Biję na alarm. Nie wolno do tego dopuścić. Bo staniemy się nieobecni i umrzemy jeszcze za życia.

Nie jestem pewna, czy mój pomysł z zapożyczeniem od zakonników ich metody na uchronienie się przed depresją spodoba się, ale spróbuję przekonać do tego, co uważam w niej za najcenniejsze. Widzę w tym jedyny ratunek przed plagą depresji, na którą tylu już choruje, a mogą wkrótce zachorować kolejne miliony.

Zacznę od wiary w Boga – lub bardziej uniwersalnie: w „Siłę Większą od nas samych”, jak ujmują to Anonimowi Alkoholicy. Wiara jest z pewnością jednym z ważniejszych atrybutów duchowości. Tak się składa, że mimo iż większość Polaków deklaruje wiarę, to jednocześnie coraz więcej ludzi zmaga się u nas z depresją. Zastanawiające. Możliwe więc, że chodzi nie tyle o wiarę w Boga, ile o wiarę w to, że świat został urządzony dokładnie tak, jak powinien zostać urządzony. Co dałoby takie postawienie sprawy? Powiem za siebie. Mnie daje ono przekonanie (czyli coś w rodzaju wiary), że tak jak jest, ma być, a ja mam się z tym pogodzić i postarać się dostosować. Niekoniecznie zawsze potulnie, bez protestu czy buntu, ale jednak w końcu ze zgodą na to, iż wielu rzeczy nie zmienię, nawet jeżeli mi się bardzo nie podobają i uważam je za okropne.

Pomogła mi dojść do tego przekonania lakoniczna instrukcja zdrowia psychicznego, jaką odkryłam w Modlitwie o Pogodę Ducha powtarzanej przez Anonimowych Alkoholików:

„Boże, użycz mi
pogody ducha — abym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić;
odwagi — abym zmieniała to, co mogę zmienić;
i mądrości — abym odróżniała jedno od drugiego”.

To naprawdę jest instrukcja zdrowia psychicznego podkreślająca różnicę pomiędzy buntem a pokorą i między zaciśniętymi pięściami a dłońmi rozwartymi na przyjęcie darów albo ciosów. Przypomina ona, aby skupiać się na tym, co sama mogę zrobić, zamiast angażować się w cudze sprawy, zwłaszcza w naprawianie cudzego życia. Nawet jeżeli nie zawsze przychodzi to łatwo i zajmuje sporo czasu, to kierunek jest właściwy. Innej drogi nie ma. Albo raczej jest, tylko jest drogą przez mękę frustracji, niezgody, depresji. Nie wolno jej wybierać — jeżeli szanujemy życie i chcemy w nim być obecni.

Jak zauważa Scott M. Peck, życie duchowe ma każdy. Niestety, może się ono niekiedy wynaturzyć, stając się zarzewiem autodestrukcji, nieszczęścia i depresji. W broszurce pt. Toward Spirituality: The Inner Journey (W kierunku duchowości. Wewnętrzna podróż) Jerry Dollard przeciwstawia sobie pojęcie duchowości negatywnej i pozytywnej. Ujęcie wydaje się psychologicznie trafne, ponieważ dychotomia ta wyjaśnia niektóre problemy natury psychicznej. Negatywna duchowość towarzyszy często uzależnieniu lub współuzależnieniu i rozwija się na tle takich uczuć, jak strach, użalanie się nad sobą, niewybaczone urazy i ma również związek z życiem w kłamstwie, oszustwie i nieuczciwości. Duchowość pozytywną Dollard definiuje jako otwartość na zmiany polegające przede wszystkim na nauczeniu się niepielęgnowania w sobie uczuć negatywnych i nie krzywdzącego nikogo ich wyrażania. Miejsce strachu powinna w końcu zająć ufność; jeżeli strach oddala nas od ludzi, zaufanie przybliża do nich i włącza nas do ludzkiej wspólnoty, uwalniając od depresyjnej samotności. Ufność, wdzięczność, akceptacja i uczciwość stanowią najważniejsze emocjonalne elementy rozwoju duchowego prowadzącego do uciszenia niezgody na świat, jaki jest, innych ludzi, którzy są, jacy są, no i przede wszystkim na samych siebie — takich, jacy jesteśmy.

Myślę, że większość depresji sytuacyjnych, okolicznościowych, potraumatycznych albo wynikłych z przemęczenia, niezaspokojonej chciwości, nienawiści, perfekcjonizmu, niezdolności do przebaczania wynika z tego, że ludzie mylnie liczą na to, że niemożliwe uczynią możliwym. Natrafiając na frustrację, nie dążą do akceptacji, tylko trwają w oporze przed nią i podsycają swój bunt i niezgodę. Do akceptacji potrzebna jest pokora, która jest nieodłączną częścią wiary w to, że reguły świata nie zależą od nas. Ponieważ reguły te wydają się nader często ułomne i nieludzkie, wielu ludziom, nawet wierzącym w Boga, nie udaje się osiągnąć akceptacji, że wszystko, łącznie z ich własnym losem, jest takie, jak ma być. Modlą się bez przerwy, aby było inaczej, niż jest; pomstują, że świat jest źle urządzony; zamiast „bądź wola Twoja”, domagają się, aby to według ich woli układało się ich życie, a czasem także całe losy świata i wszechświata. Jeżeli Bóg istnieje, to stwarzając świat, z pewnością się nie pomylił. Kim jesteśmy, aby Go pouczać lub wymuszać poprawki? A jeżeli Bóg nie istnieje, to do kogo mamy kierować zażalenia? Świat jest, jaki jest, i taki ma być. My możemy zmieniać tylko to, co sami zdołamy zmienić. Bo inaczej — za swój upór, brak pokory i domaganie się kontroli — zapłacimy chorobami psychicznymi. Wielu już płaci.

Istotą zdrowia duchowego jest akceptacja.

Niemiecki psychiatra Arndt Büssing z uniwersytetu Witten/Herdecke przeprowadził badania z udziałem kilkuset chorych na raka i stwardnienie rozsiane, szukając odpowiedzi na pytanie, jaką rolę w radzeniu sobie z chorobą odgrywa religia i duchowość. Stwierdził, że osoby wierzące traktują chorobę jako sygnał, że muszą coś w swoim życiu zmienić. Aż 70 procent chorych gruntownie przewartościowało swój wcześniejszy sposób życia; u 65 procent pojawiła się potrzeba pogłębienia duchowego rozwoju; prawie 40 procent zauważyło, że skupienie na duchowości pomaga w walce z chorobą. Nie było zaskoczeniem dla badaczy, że kobiety częściej od mężczyzn poświęcały się pod wpływem choroby sprawom duchowym. Badania również wykazały, że wyższy poziom wykształcenia wiąże się z większą gotowością do pracy nad sferą duchową.

Kwestią tą uczeni zajmują się od dość dawna (w samych Stanach Zjednoczonych opisano ponad 1200 niezależnych od siebie badań naukowych dotyczących wpływu życia duchowego na zdrowie). Wynikają z nich obiecujące wnioski. Na przykład takie, że ludzie głęboko religijni rzadziej trafiają do szpitali; mają niższe ciśnienie krwi i mniej chorują na chorobę wieńcową; rzadziej zapadają na depresję, a gdy im się to zdarzy, szybciej z niej wychodzą; osoby praktykujące szybciej stają na nogi po operacjach i potrzebują mniej środków przeciwbólowych. Modlitwy i medytacje poprawiają odporność na infekcje; sprawdzono to za pomocą pomiaru wskaźnika Interleukin-6 we krwi, którego ilość zwiększa się pod wpływem silnego stresu, natomiast maleje wskutek uspokajających praktyk. Badacze spostrzegli ciekawą analogię: pod względem odporności na choroby różnica pomiędzy wierzącymi i niewierzącymi jest taka sama jak różnica pomiędzy palaczami i niepalącymi. Badając grupę 219 kobiet mających trudności w zajściu w ciążę, uczeni z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku stwierdzili, że kobiety, które dużo się modliły, zachodziły w ciążę w proporcji 2:1 w stosunku do kobiet nie modlących się3.

W 2009 roku w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej odbyła się obrona pracy magisterskiej Ewy Harasimowicz pt. Religijne sposoby radzenia sobie ze stresem przez stewardessy i pilotów (napisana pod kierunkiem dr. Pawła Sochy). Oto jeden z wniosków:  „Badani wysokoaktywni reagujący w sytuacji zagrożenia mobilizacją i opanowaniem ujawnili wyższy poziom religijności w porównaniu z osobami reagującymi niepokojem i strachem”.

Jeżeli „wyższy poziom religijności” oraz praktyki duchowe uodporniają na stres i dzięki temu poprawiają zdrowie, to może trzeba by je przepisywać jako lekarstwo ludziom szczególnie podatnym lub już cierpiącym także na tę okropną chorobę, jaką jest depresja? Ba, żeby to było możliwe... Niestety nie jest, i to nie tylko z braku chętnych do wypisywania chorym takich recept. Psycholog i przewodnik do spraw światopoglądowych kościoła ewangelickiego w Niemczech, Michael Utsch, ujmuje sprawę następująco:

„Zarówno w tradycji chrześcijańskiej, jak i buddyjskiej występuje paradoks wskazujący na to, że medytacje i modlitwy najlepiej działają uzdrawiająco (Heilwirkung), gdy nie to jest ich głównym celem. Praktyki te wspomagają zdrowie i wyzwalają od stresu niejako przy okazji rozwoju duchowego. Medytacja nie ma prowadzić do załatwienia jakiejś sprawy, raczej ma pomóc uwolnić się od skłonności do kontrolowania wszystkiego wedle swojej woli. Oddają to najlepiej słowa modlitwy: Bądź wola Twoja... Kto potrafi powierzyć swój los jakiejś Sile Wyższej, dozna ulgi, i ta dopiero podziała uzdrawiająco”.

W niektórych amerykańskich ośrodkach medycznych (np. Harvard School of Medicine, Columbia Presbyterian Hospital) powstały oddziały kliniczne tak zwane Mind/Body, gdzie obok terapii medycznej stosuje się praktyki duchowe. Na przykład, dla pacjentów poddawanych operacjom kardiologicznym — przed zabiegiem i podczas rekonwalescencji — organizuje się seanse medytacji, muzykoterapii, jogi, tai-chi. Już jedna czwarta studentów wydziałów lekarskich i pielęgniarskich w USA zapisuje się na kursy „medycyny komplementarnej”, w której zakres wchodzą praktyki duchowe oraz „dotyk terapeutyczny” (Therapeutic Touch). Medycy uczą się tam również rozmawiać z pacjentami o sprawach duchowych, nie mieszając ich z kwestiami wyznaniowymi czy religijnymi. Mają oni pomagać pacjentom w akceptacji tego, co ich spotkało lub jeszcze czeka; jest to szczególnie potrzebne w sytuacjach graniczących z ewentualnością śmierci lub nieuleczalnych skutków choroby. Do akceptacji niezbędna jest wiara w sens tych zagrożeń lub strat, jakie spotykają nas w życiu, lub po prostu uznanie niemożliwości ich zmiany.

Duchowość jest pojęciem szerszym i bardziej złożonym niż wiara w Boga i doktryna religijna. Wiąże się nie tylko z akceptacją porządku, którego stanowimy cząstkę, ale obejmuje jeszcze niezmierzoną sferę wzruszeń, uniesień i zachwytów.

Duchowość to również zdolność i potrzeba doznawania uczuć wyższych. Cała ich gama składa się na jasną stronę człowieczeństwa. Można je zdefiniować jako sferę zarezerwowaną dla Dobra i Piękna. Nie ma tam miejsca dla uczuć, z których rodzą się złe czyny — złe dla siebie, złe dla innych, złe dla Ziemi. Te ciemne uczucia sprowadzają nieszczęścia. Nikt nie jest od nich wolny, ale nikt też nie jest na nie skazany. Człowieczeństwo zobowiązuje. Uczuć, które mają moc krzywdzenia, nie wolno pielęgnować ani zostawiać w duszy, bo stanie się ona chora, zacznie powoli umierać. Pokarmem duszy jest Dobro i Piękno, które trzeba do siebie dopuścić. Im trzeba w duszy zrobić stałe miejsce. Prawie nigdy nie zostają tam na zawsze. Nawet gdy już zagoszczą, mogą w każdej chwili zniknąć. Gdy do duszy zakradnie się jakieś „uczucie niższe”, na przykład złość, chciwość, zawiść czy pogarda — tamte dobre płoszą się, uciekają, aby pod naporem złych nie zginąć. Czasem giną i już nie zdołają nigdy powrócić. Ten dom, jakim jest dusza, nie ma drzwi zamykanych na klucz. Są tam drzwi bez zamka, nawet bez klamki. Kołyszą się na zawiasach wte i wewte jak bramka w westernowym saloonie. Wystarczy lekkie pchnięcie — można wejść albo wyjść. Dlatego napełniwszy duszę miłością czy dobrocią, nie można liczyć na to, że te uczucia tam pozostaną na zawsze. Trzeba je stale zapraszać, namawiać, aby zostały, jednocześnie odganiając inne, które mogą te dobre wystraszyć, przepędzić i zająć ich miejsce. Oczywiście te złe też automatycznie w duszy nie pozostają na wieki. Każde przebaczenie, nadzieja i każda wdzięczność — gdy staną w drzwiach naszej duszy i poproszą o wejście do niej, przegonią trochę tych złych, które mogły tam wejść przedtem. Ta wieczna wymiana uczuć w duszy, przepychanie u jej drzwi pomiędzy dobrymi i złymi uczuciami, niekiedy otwarta walka o miejsce w duszy — to los człowieka. Ten los polega na ustawicznych zmaganiach, ciągłym wahaniu, czasem przegapieniu jakiegoś niepożądanego „gościa”, którego potem trudno wyprosić. Rozwój wewnętrzny człowieka można sprowadzić do nauki pilnowania tej nigdy na stałe nie zamkniętej bramki u wejścia do duszy. Nikt nie ma duszy całkowicie odpornej na złe uczucia, nawet święci potrzebują spowiedzi, a świętymi mogą się stać nawet najciężsi złoczyńcy. Nikt nie ma duszy doskonałej, niektórzy tylko mogą nauczyć się dobrze pilnować dostępu do niej i z miejsca odganiać nienawiść i pogardę, samolubstwo i mściwość, i wszystkie inne złe uczucia — choć mówimy, że ludzkie, to niekiedy przecież nieludzkie...

Tych umiejętności, które są niezbędne do pilnowania swojej duszy przed złem i brzydotą, jest kilka. Jedną z najważniejszych jest zdolność przebaczania. Potrzebna jest wtedy, gdy doznanie krzywdy wzbudza strach, złość, smutek, użalanie się nad sobą, często też pragnienie zemsty, pomsty, nieufności. Drugą ważną umiejętnością jest odbudowywanie nadziei i podtrzymywanie pragnienia dobra i piękna. Duszę ocala przed złymi uczuciami także umiejętność poszukiwania dobra i piękna w dwóch niezmierzonych obszarach, gdzie wartości te mieszkają od zawsze: w przyrodzie oraz skarbcu sztuki, zapełnianym od tysiącleci przez obdarzonych talentami wybrańców ludzkości. Piękna natury i piękna zaklętego w milionach dzieł powstałych z umysłów i dłoni twórców nigdy i nikomu nie zabraknie. Tylko podejść i brać. Świat jest pełen piękna, którego nie ubędzie, nawet gdyby miliard oczu je podziwiało i gdyby w miliardach wspomnień zechciały pozostać najpiękniejsze pejzaże, najbardziej poruszające symfonie, obrazy, poematy czy najwznioślejsze katedry gotyckie.

Psychiatrii i farmakologii jakoś nie udaje się uzdrowić naszych chorych dusz, tym bardziej nie uda się im zapobiec duchowym plagom, jak choćby rozmnażającej się w piorunującym tempie depresji. Bo jak? Profilaktycznie karmić wszystkich jakimś prozakiem albo poić walerianą? Nie do pomyślenia. Na szczęście można się tak bardzo nie martwić, bo są lepsze sposoby. W każdym razie dla tych, których uda się przekonać, że w Pięknie i Dobru zawarte jest lepsze lekarstwo na choroby psychiczne niż w chemii. Lekarstwo to jest ogólnie dostępne i jego zasoby nigdy się nie wyczerpią. Jedyną rzeczą niezbędną do uzdrowienia duchowego przez dopuszczenie do siebie Dobra i Piękna jest czas. A właśnie z większości sondaży wynika, że do szczęścia najbardziej brakuje ludziom czasu i pieniędzy. Sposobem na to drugie może być albo trafienie szóstki w totolotka, albo ograniczenie potrzeb i zachcianek, dostosowując je do portfela, jakim akurat dysponujemy. Wymagałoby to oczywiście zmiany priorytetów oraz rezygnacji z wielu ulubionych przyjemności. W każdym razie sprawa jest trudna.

Kwestię braku czasu łatwiej rozwiązać. Każdy ma go tyle samo. Czas jest bytem wiecznym, uniwersalnym, niepodatnym na manipulację. Godzina w Warszawie trwa tyle samo, co godzina w Santiago, Sokółce i w Reykiaviku; co więcej, tyle samo trwała tysiąc lat temu i tyleż będzie trwała za rok. Każdy jest tylko użytkownikiem i dysponentem czasu. Nikt z nas go nie produkuje, nie może go nikomu dawać ani zabierać, bo to nie jest niczyja własność. Tę samą godzinę można wykorzystać mądrze lub głupio, ciekawie lub nudno, z pożytkiem lub ze szkodą, wreszcie — z przyjemnością lub bez. Poczucie „braku czasu” jest niesamowicie ważną informacją, jak zresztą wszystkie nasze uczucia, odczucia czy przeczucia. One mówią nam, że robimy coś dobrze albo niedobrze, roztrwaniamy się bez sensu i pożytku albo nie. Znikąd się tego lepiej nie dowiemy niż z tych wewnętrznych komunikatów, które odbiera nasz umysł, serce, dusza czy może jakiś inny instrument wyskalowany na pomiar stanu psychicznego. Więc gdy od niedawna wokół czasu zaczął masowo narastać niedosyt, czyli „poczucie braku”, ktoś wpadł na pomysł Slow Life. Powolne Życie wielu od razu się spodobało i już można mówić o narodzinach ruchu, którego celem jest mieć znowu tyle czasu, ile każdemu do szczęścia potrzeba. Przynależność do tego ruchu nie wymaga składek, legitymacji ani obecności na zebraniach. Wystarczy dojść do wniosku, że ma się już naprawdę dosyć pośpiechu, stresu, gonitwy, ciągłych obaw, że gdzieś się nie zdąży, za czymś nie nadąży lub z czymś się sobie nie poradzi.

Wolne Życie nie oznacza, że nareszcie siada się na kanapie z pilotem w ręku i zastyga tak na wieki, a życie dalej sobie śmiga. Nic podobnego. Pionierzy tego ruchu trafnie przewidzieli, że gdy tylko zwolnią tempo, to ich życie zabarwi się kolorami tęczy i nabierze smaku, jakiego wielu nie czuło od dzieciństwa. A przy okazji automatycznie poprawi się zdrowie psychiczne, samopoczucie i znikną dwie najgorsze zmory naszej cywilizacji — depresja i nerwica.

Nie ma jednej recepty na Wolne Życie. Wspólne dla wszystkich jego odmian jest tylko to, że trzeba przestać się spieszyć. Należy wyeliminować wszystko, czego bez pośpiechu nie da się zrobić, i robić to samo, lub co innego, ale nie na wyścigi. Dotyczy to nauki, pracy, rodziny, miłości, przyjaźni, poznawania świata i delektowania się pięknem ukrytym w przyrodzie, sztuce, a także w smakowaniu potraw oraz w ich przygotowywaniu. Wolne Życie jest dla każdego. Bez wyjątku. Jak piszą w swych manifestach jego zwolennicy, premią za zwolnienie tempa jest odnalezienie bliskości z ludźmi, których się lubi, kocha i potrzebuje.

Nauka czy praca całkiem nieźle znosi pośpiech, dość smacznie można też gotować w szybkowarze, książek można w ogóle nie czytać, symfonii nie słuchać, informacje w sekundę wygooglować, telewizję też można oglądać, przeskakując z kanału na kanał lub mając kilka programów jednocześnie na podglądzie. Tylko jednej rzeczy nie da się załatwić ekspresowo: więzi z ludźmi, czułości, intymności, przywiązania i ufności. Nie da się w pośpiechu wychować dziecka, nie da się w rozpędzie okazać miłości matce, nie da się z nikim popieścić w biegu.

Więc jeżeli komuś właśnie na tych rzeczach zależy, to Wolne Życie jest właściwym wyborem. Jego realizacja będzie wymagać kilku decyzji: z czego zrezygnować, komu odmówić, co zacząć praktykować, co przestać robić. Najtrudniejsza jest zmiana przyzwyczajeń oraz sposobu myślenia, który do tych przyzwyczajeń doprowadził. Żeby je zmienić, trzeba uczciwie określić, jakie wartości uważamy za najważniejsze, a następnie podporządkować im całą resztę: jak spędzamy czas, czym się interesujemy, z kim umacniamy więzi, od kogo się oddalamy, a nawet co kupujemy i gdzie mieszkamy. Ruch Slow Life sprawił już, że mnóstwo ludzi wyniosło się z miast, porzuciło korporacje, hoduje własne pomidory i bazylię, a niektórzy zaczęli uczyć swoje dzieci w domu, zamiast posyłać do szkół. Sposobów urzeczywistniania Wolnego Życia jest tyle, ile ludzi na świecie. Każdy naprawdę może je sobie urządzić po swojemu.

Zgodnie z zasadą Slow Life nie tylko wolniej się żyje, ale wolniej się też myśli. A kto myśli wolniej, ten na ogół myśli mądrzej i na pewno popełnia mniej błędów i fałszywych kroków. I to jest dodatkowa premia za zwolnienie tempa.

Przykładów jest coraz więcej. Ci, którzy zwolnili tempo, dość prędko wyciszyli się, znaleźli czas dla siebie, zaczęło im się podobać życie, nauczyli się z powrotem śmiać nie tylko z kawałów i bawić nie tylko przy wódce. Z toru wyścigowego wycofują się także co rozumniejsi rodzice, zamieniając żłobki z trzema obcymi językami oraz kieratem zajęć dla dzieci od ósmej do ósmej na styl życia o nazwie Lazy Parenting, czyli Leniwe Rodzicielstwo. Rodziny te spędzają razem mnóstwo czasu, nie planując niczego nadzwyczajnego. Dorośli i dzieci wylegują się na kocyku w parku i gapią w niebo, wykorzystują karnet do zoo i — na rolkach lub rowerach — jeżdżą co rano po świeże warzywa na pobliski bazarek. Slow Life wyrasta z prawiecznej idei bycia razem. Już nie w jednej jaskini czy izbie, ale mimo to jak najwięcej, jak najbardziej i jak najdłużej razem. Nowa moda przyszła już także do Polski w postaci mnożących się ostatnio kawiarenko –klubów urządzanych jako miejsca przyjazne dzieciom, mamom, tatom (babciom też) i psom. Nazwy mówią same za siebie: Czas Dzieci, Mama Mia, Kalimba Koffi, Bajlandia, Mufinka Cafe, Cafe Culca, Cafe Rękawka, Cafe Szafe, Sztamka czy Czekoladziarnia. Mimo że moją epokę macierzyństwa dawno zakończyłam, do tych kawiarenek biegam z najmłodszym wnukiem i jestem ich wielką admiratorką. Dopadł mnie jednak nostalgiczny żal, że w dzieciństwie moich dzieci nie było „hulajnogi dla mamy” ani sprzętów o nazwach: „krzesełko do kombinowania”, „rosnące łóżeczko”, „twórcze meble” czy kołyska „mamaroo — mama musi odpocząć”. Dobrze, że przynajmniej od czasu do czasu gapiłyśmy się z moimi córeczkami na obłoki.

Patrzenie na obłoki i przejażdżka na hulajnodze lub rowerze to zdrowsze lekarstwa na choroby psychiczne niż najbardziej wyszukana chemia. Najgorszym ich skutkiem ubocznym może być najwyżej spóźniona kolacja. Ale za to jaki spokojny potem będzie sen i dobre humory... Barwy natury działają na nasz mózg magicznie uspokajająco. Stąd ten coraz bardziej masowy pęd do przyrody ludzi zmęczonych stresem i betonowo –szklano –metalowym otoczeniem. W wywiadzie pt. Der Garten als Ort symbolischen Handelns (Ogród jako miejsce symbolicznych zabiegów terapeutycznych)4 psychoterapeuta i wykładowca Konrad Neuberger z Wuppertalu mówi między innymi:

„Ogrodoterapia (Gartentherapie) jest metodą interdyscyplinarną łączącą elementy psycho–fizjo–ergoterapeutyczne. Prace ogrodnicze pomagają lepiej niż lekarstwa osobom cierpiącym na zaburzenia koncentracji, spadek motywacji do działania, mającym niskie poczucie wartości i skłonności do autoagresji. Pacjenci psychiatryczni są często bardzo samotni. Pielęgnowanie roślin wprowadza ich na drogę do normalności i zdrowia. Zajmowanie się roślinami każe zaprzestać grzebania się w swoich zmartwieniach (verringert die Beschäftigung mit den eigenen Defiziten). (...) Szpitale i inne placówki psychiatryczne odbierają ludziom autonomię. Pracując przy roślinach, chorzy odzyskują poczucie własnej sprawczości, widzą, jak mogą wpływać na otoczenie, i w ten sposób przestają czuć się bezradni. Ogrodnictwo przywraca poczucie sensu życia”. I dalej, na pytanie: „W jaki sposób ogrodnictwo wpływa na osobowość?”, Neuberger odpowiada: „Ogrodoterapia jest naturalnym sposobem rozwijającym umiejętności motoryczne, psychiczne, społeczne i przede wszystkim życiowe. W procesie terapeutycznym chorzy psychicznie ćwiczą kompetencje niezbędne do poprawy funkcjonowania; staramy się zintegrować w całość to, czego dzięki tej terapii każdy pacjent musi się nauczyć, by odzyskać chęć życia i zacząć normalnie funkcjonować”.

Do tych refleksji nad zdrowiem duchowym skłoniło mnie skojarzenie z życiem zakonnym, i chyba trafnie. Modlitewna akceptacja porządku ułożonego przez Stwórcę, bliska więź ze współbraćmi, troskliwe obcowanie z przyrodą i klasztorne Slow Life (mam przeczucie, że połączone z częstym „gapieniem się w niebo”) — całkiem nieźle nadają się dla nas, zwyczajnych ludzi. Bo przecież nie chodzi tylko o to, by po spokojnym życiu kiedyś aniołowie zabrali nas prosto do siebie. Czy nie lepiej już tu na ziemi przeżywać swoje życie pięknie i dobrze?

I nawet jeżeli czasem z depresją, to nie w depresji. 


Czytaj więcej w książce: Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją ale nie w depresji.


[1] S.M. Peck, Droga rzadziej wędrowana. Psychologia miłości, wartości tradycyjnych i rozwoju duchowego, tłum. C.E. Urbański, Poznań 2002. Bestsellerem stał się też kolejny zbiór esejów tego autora pt. Further Along the Road Less Traveled: The Unending Journey Towards Spiritual Growth (Dalej drogą rzadziej wędrowaną. Niekończąca się wędrówka w stronę rozwoju duchowego), New York 1993.

[2] E. Woydyłło, Rak duszy. O alkoholizmie, Kraków 2009.

[3] T.M. de Jong, Glaube, Hoffnung, Heilung, „Psychologie Heute” 2005, nr 3.

[4] K. Neuberger, Der Garten als Ort symbolischen Handelns, „Psychologie Heute” 2003, nr 4.

 

Komentarze (0) Dodaj komentarz

Dodanie komentarza wymaga rejestracji w serwisie.